Kwestie normatywne w ortografii i fonetyce

Komisja Ortograficzno-Onomastyczna przygotowała odpowiedź na następujący list:

Szanowni Członkowie Rady Języka Polskiego! Wśród Waszych zaleceń dotyczących ortografii języka polskiego niedawno przeczytałem: „Należy traktować jako poprawną formę celownika i miejscownika watasze (od: wataha), uznając ją za zalecany wariant dawnej, przestarzałej formy wataże, oraz opowiedziano się za pomijaniem w słownikach współczesnej polszczyzny formy watadze”. Nie jestem specjalistą w dziedzinie, w której postanowiłem wyrazić własną opinię, ale wydaje mi się, że zalecenie to prowadzi do językowych absurdów. Spójrzmy: mucha, blacha, wataha, czuha; musze, blasze, watasze, czusze; muszka, blaszka, watażka (w znaczeniu: mała wataha), czużka; muszek, blaszek, wataszek, czuszek (?). Spodziewam się, że dla przeciętnego użytkownika języka konsekwencją „dawania sygnału watasze” będzie „przysłanie kilku małych wataszek”, bo niby dlaczego miałby się spodziewać „watażek”? Zalecenie to prowadzi do wymieszania w odmianie spółgłoski dźwięcznej „ż” i bezdźwięcznej „sz”, a przecież historycznie zawsze w języku polskim było tak, że to odmiana, a nie wymowa dyktowała pisownię. A więc piszemy i mam nadzieję, że zawsze pisać będziemy: kredka, żabka, dąb, sad (zamiast kretka, żapka, dąp, sat)! Pomijam w tym momencie przymknięcie oka na historyczną obecność w wymowie wielu pokoleń Polaków dźwięcznego „h”, którego formy „wataże”, „Sapieże” były pozostałościami. Zdaję sobie sprawę, że rzeczowniki zakończone na -ha występują w naszym języku bardzo rzadko i stąd odmiana słów „wataha”, „Sapieha” naśladuje najbliższe fonetycznie wzorce, ale nie uważam, by był to powód do odrzucenia tradycji ze względu na jej przestarzałość! Czyż nie będzie o wiele prościej zalecić dla wszystkich słów zakończonych na -ha pisownię (i ewentualnie wymowę) w celowniku i miejscowniku: „wataże”, „Sapieże”, „czuże”, „duże”, z jednoczesnym pominięciem w słownikach współczesnej polszczyzny form zakończonych na -dze, dla których graficznie i fonetycznie współczesny Polak nie widzi logiki? Robię sobie nadzieję, że choć wymowa „robię” i „nadzieję” jest przestarzała, to nigdy nie będę musiał pisać, że „te nadzieje jednak sobie robie”. „Ruwnie dobże moglibyśmy usunąć z języka inne pszejawy pszestażałości!”. Będę niezmiernie wdzięczny, jeśli mój list zostanie poruszony na jednej z Waszych sesji i uzyskam na niego odpowiedź! (…)

A oto odpowiedź KOO:

Do normy językowej wchodzą te wyrazy i konstrukcje, które uzyskały aprobatę społeczeństwa, a zwłaszcza jego warstwy wykształconej − inteligencji. Językoznawcy zaś przede wszystkim tę normę spisują, porządkują, choć jak wszyscy inni przedstawiciele inteligencji mają swój udział w tworzeniu zasad, zwłaszcza wtedy, gdy trudne zagadnienie językowe trzeba rozstrzygnąć. Gdyby więc nie powszechność form wymawianych [watasze], [sapiesze], stwierdzona już dawno również w wymowie inteligenckiej, językoznawcy nie wprowadziliby tej zmiany do przepisów ortograficznych. Reakcja językoznawców jest więc tu wtórna wobec rozpowszechnionego zwyczaju językowego.

Różnica między dźwięcznym h i bezdźwięcznym ch jest już niemal nieodczuwalna przez współczesnych Polaków (nie tylko średniego czy młodszego pokolenia), nigdy zresztą nie była powszechna na całym obszarze naszego kraju − jak dowodzą badania historyków języka. We współczesnej polszczyźnie nie stwierdza się istnienia dwóch głosek szczelinowych tylnojęzykowych, wchodzących w opozycję dźwięczności/bezdźwięczności − mówi się co najwyżej o wariantach pozycyjnych, co oznacza np. udźwięcznienie ch w pewnych rzadkich pozycjach, a bardzo częste ubezdźwięcznienie h w wielu innych. Związek ortografii i fonetyki zanikł w tym wypadku, a stało się to w polszczyźnie XX wieku.

Nikt − na poważnie − nie rozważa zmiany pisowni form dopełniaczowych liczby mnogiej typu !wataszek; przynajmniej dopóki powszechna (i jedyna) wymowa potwierdza głoskę ż w tych formach. Innymi słowy: formy wymawiane [watasze] są powszechne we współczesnej polszczyźnie, a formy wymawiane [wataszek] w ogóle w niej nie występują. Własności fonetyczne głoski ż się nie zmieniły: jest to spółgłoska dźwięczna, która w odpowiednich pozycjach podlega częstym ubezdźwięcznieniom (wtedy brzmi sz). Zmiana zaszła w sposobie wymawiania głoski zapisywanej zwykle literą „h”.

Warto zauważyć, że z przepisów ortograficznych nie zniknął wariant tradycyjny; podaje się go na drugim miejscu, gdyż jest dużo rzadszy − jak wymowa ze spółgłoską ż. Wariant błędny !watadze jest rzeczywiście bardzo rzadki − i niemal pozbawiony logiki: wziął się z utożsamienia dwóch spółgłosek dźwięcznych: tradycyjnej h i g wymieniającej się m.in. na ż.

Wymowa robię i nadzieję z pełnym ę nosowym na końcu jest nie tyle przestarzała, ile pretensjonalna i nienaturalna. Nosowość powinna być osłabiona, nawet wydatnie, dlatego że na koniec wymawianego wyrazu przypada niewiele energii artykulacyjnej, również w wymowie wzorcowej. Zgodnie z tą zasadą polskiej fonetyki na końcu wyrazów sad czy zlew słychać spółgłoskę bezdźwięczną. Jednym z najczęstszych i przez to najpoważniejszych nieporozumień językowych jest twierdzenie, że w języku polskim zawsze wymawiamy tak, jak piszemy.

2005 r.