Apel o reformę ortografii

Do Rady nadeszły dwa listy, w których poruszono kwestię zmian ortograficznych. Pierwszy – z Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, które dostało od pewnej korespondentki propozycje uproszczenia polskiej ortografii (głównie zlikwidowania liter ż, h, u albo litery ó i dwuznaków rz oraz ch), co miałoby się wiązać z członkostwem Polski w Unii Europejskiej i jakoby wynikającą z tego koniecznością zmiany pisowni. Autorem drugiego listu był pewien Polak rodem z Wileńszczyzny, którego postulaty wdrożone w życie miałyby – w jego przekonaniu – służyć „dobru polskiej ortografii”. Korespondent proponował zrezygnowanie z ó i ż, a w ich miejsce pisanie u i rz; zastępowanie liter ę i ą dwuznakami en, on; przyjęcie, że końcówką pierwszej osoby liczby pojedynczej czasu teraźniejszego czasowników zakończonych w bezokoliczniku na -chować [np. cechować] jest -oję, a nie –uję. Zaproponował taakże rozpropagowanie nowych słów, m.in.: maszynkostrzyż ‘maszynka do strzyżenia’, smarknos albo chustnos ‘chusteczka do nosa’, pastoobuw ‘pasta do obuwia’, oraz zastąpienie kilku wyrazów innymi, m.in. heba zamiast herbata, słód zamiast cukier, golarz zamiast fryzjer, Głupol zamiast Polak głupi, Mądropol zamiast Polak mądry. Korespondent – należący do grona wykładowców stowarzyszonych Uniwersytetu Polskiego w Wilnie – uważa, że jego „postulaty polonistyczne” miałyby zreformować „przestarzałą, przesądną i dziwaczną” współczesną ortografię.

Na oba listy odpowiedział przewodniczący, prof. Andrzej Markowski. Treść pierwszej odpowiedzi – skierowanej do MENiS – była następująca:

[…] dziękuję za przesłanie listu, w którym korespondentka proponuje pewne zmiany w ortografii, tłumacząc to – jak to teraz w modzie – wejściem Polski do Unii Europejskiej. Jest to jedna z wielu takich propozycji; językoznawcy stykają się z nimi od dawna i zawsze są to projekty cząstkowe, nieprzemyślane i nieracjonalne. Ich autorzy wybierają po kilka kwestii ortograficznych, inne (czasem o wiele istotniejsze) zupełnie pomijając. Swoje projekty traktują jako coś nowego i nie zdają sobie sprawy z tego, że takich propozycji było już wiele i że językoznawcy naprawdę wiedzą, co robią, nie proponując radykalnej reformy ortograficznej. Wszystkie kwestie związane z trudnościami i konsekwencjami takiej reformy opisałem […] we wstępie do reguł słownika ortograficznego, który wydało Wydawnictwo „Wilga”. Pozwolę sobie dołączyć do tego listu ów fragment [zamieszczamy go pod odpowiedzią na drugi list] i proszę – jeśli Pani Dyrektor uzna to za stosowne – o przesłanie go korespondentce […].

Drugiemu korespondentowi zaś przewodniczący odpowiedział następująco:

Dziękuję za obszerny list, dotyczący kwestii ortograficznych i językowych. Pragnę poinformować, że w najbliższym czasie nie jest planowana zasadnicza reforma ortografii polskiej, choć sprawa udoskonalania pisowni jest od wielu lat przedmiotem troski kompetentnych gremiów językoznawczych, stosunkowo często spotykających się z różnymi, najczęściej sprzecznymi ze sobą, propozycjami mniej lub bardziej systemowych zmian w ortografii, zgłaszanymi przez obywateli. Swój stosunek do takich propozycji wyraziłem we wstępie do słownika ortograficznego; kopię tego tekstu załączam. Pragnę tylko zauważyć, że również propozycje Szanownego Pana, dotyczące zmian w ortografii, nie są konsekwentne. Dlaczego np. mielibyśmy pisać „gwuźdź”, „domb”, a nie „gwuść”, domp”, skoro te wyrazy tak właśnie słyszymy? Dlaczego pisać „rzyto”, skoro nigdy nie było w nim głoski r’ (z której wywodzi się dzisiejsze rz), a zawsze była głoska ż? Propozycja zlikwidowania litery ż i zapisywania zawsze rz jest zupełnie nieuzasadniona historycznie, gdyż wyrazy zapisywane za pomocą rz i ż mają zupełnie różne pochodzenie. Zresztą inni społeczni reformatorzy polskiej ortografii zawsze postulują właśnie zniesienie rz i pisownię ż.

Zupełnym nieporozumieniem jest propozycja zmiany zakończeń -uję na -oję w czasownikach typu cechować. Przecież nikt, żaden Polak, nie mówi „rachoję”, „cechoję” i takie formy nigdy w polszczyźnie nie występowały. Nie wolno narzucać językowi form, które są niepoprawne i sztuczne, tylko dlatego, że przypadkowo zakończenia poprawne i uzasadnione budową tych czasowników brzmią tak samo jak pewien wyraz nieprzyzwoity, w dodatku w liczbie mnogiej. Gdyby tak rozumować, należałoby też pewnie jakoś zmodyfikować wyrazy szczęście, a zwłaszcza szczęśliwy, bo w pierwszej części zawierają one także formę brzmiącą tak jak słowo nieprzyzwoite.

Niemożliwe do przyjęcia ze względu na błędny sposób utworzenia są też niektóre Pańskie propozycje słowotwórcze. W polszczyźnie nigdy nie tworzyło się, i nie tworzy się nadal, słów tak, by powstały wyrazy typu „maszynkomięs” „pastopodłóg” czy „pastoząb”. Takie propozycje świadczą o tym, proszę mi wybaczyć, że w niedostatecznym stopniu orientuje się Pan w zasadach polskiego sposobu tworzenia wyrazów (słowotwórstwa). Co zaś do propozycji, by słowa ołówek, cukier zastąpić wyrazami pisak i słód, to pragnę zauważyć, że te drugie wyrazy mają już inne znaczenia, a ponadto ołówek jest słowem polskim, a cukier – używanym w naszym języku już od XV wieku. Propozycję zastąpienia wyrażeń Polak głupi i Polak mądry wyrazami Głupol i Mądropol traktuję jako żart.

Polszczyzna, jak każdy język, rozwija się według pewnych praw, które to prawa są badane i potem opisywane, między innymi w gramatykach naszego języka i w podręcznikach szkolnych. Jeżeli już w ogóle zgłaszać indywidualne propozycje zmian językowych (na ogół uważa się bowiem, że zmiany językowe tworzą wszyscy mówiący danym językiem w wyniku swoich kontaktów językowych, a nie poszczególne osoby), to powinny być one zawsze dobrze przemyślane i zawsze też muszą się opierać na znajomości tych praw, żeby nie powstawały propozycje niemające szans na upowszechnienie i żeby właśnie nie roztrwonić tego największego skarbu kultury duchowej, którym, jak Pan słusznie pisze, jest język, i nie okaleczać go przez wprowadzanie form z gruntu mu obcych. Proszę mi wierzyć, że troska o dobro polszczyzny jest obecna w działaniach wszystkich językoznawców, także w moich: od 35 lat zajmuję się zawodowo kulturą języka i upowszechniam ją w książkach, audycjach radiowych i programach telewizyjnych, a przede wszystkim w nauczaniu uniwersyteckim. Doceniam Pańską troskę o język polski, bardzo bym jednak prosił o to, by była ona oparta na dobrych przemyśleniach, popartych nie tylko emocjami, lecz także wiedzą o naszej polszczyźnie.

2004 r.

 

Andrzej Markowski
Ortografia polska w regułach, czyli jak pisać bezbłędnie

(w: Ortograficzny słownik języka polskiego, Warszawa 2002, Wydawnictwo „Wilga”, s. IX- IX).

Złościsz się, że pisownia polska jest trudna? Chcesz ją uprościć? Czy to możliwe i celowe? Przeczytaj te wyjaśnienia, znajdziesz w nich odpowiedź na te i inne pytania ogólne dotyczące naszej ortografii.

Myśli formułowane w języku polskim mogą być przekazywane dwojako: jako wypowiedzi mówione (ustne) albo jako teksty pisane. Język mówiony jest, oczywiście, o wiele starszym, pierwotnym sposobem porozumiewania się ludzi. Utrwalenie mowy za pomocą pisma było wynalazkiem epokowym, umożliwiało bowiem gromadzenie informacji i przekazywanie ich zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Pierwsze zapisane wyrazy polskie pochodzą z XII wieku; były to nazwy wiosek i ich właścicieli w tzw. Bulli gnieźnieńskiej. Pierwsze zdanie polskie pochodzi z II połowy wieku XIII. Żeby je zapisać, trzeba było użyć znaków alfabetu łacińskiego. Ponieważ jednak w polszczyźnie istniały takie dźwięki, których łacina nie znała, zapis taki był niezmiernie trudny. Próbowano więc dostosować alfabet łaciński do zapisu słów polskich przez używanie liter podwójnych, nowych połączeń liter, a także przez dopisywanie kresek, kropek i ogonków do znaków łacińskich. W ten sposób zaczęło się kształtowanie polskiej ortografii. Trwało to wiele wieków. W miarę jednolity zapis tekstów polskich mamy od wieku XVI, ale zmiany w pisowni były wprowadzane przez wszystkie wieki następne, aż do połowy [XX] stulecia. Jednocześnie bowiem w ciągu tych wieków zmieniał się nasz język i trzeba było się zastanowić, czy te zmiany (na przykład zanik jednych głosek, a pojawienie się innych, nowy sposób wymawiania wyrazów i ich odmiany) uwzględnić w pisowni, czy też pozostać przy dawnym sposobie zapisu.

Dzisiejsza polska ortografia odzwierciedla więc, przynajmniej w pewnym stopniu, historię naszego języka i dzieje zmagań naszych przodków z zapisywaniem polszczyzny. To wyjaśnia, dlaczego pewne wyrazy zapisujemy właśnie tak, a nie inaczej, na przykład w sposób odbiegający od ich dzisiejszej wymowy.

Ale czy tak być musi? Dlaczego mamy komplikować sobie życie przez uwzględnianie tego, co działo się w polszczyźnie kiedyś tam, dawno temu, nawet przed kilkoma wiekami? Czy po to, żeby dziś zapisać poprawnie polski tekst, trzeba znać historię języka polskiego? Dlaczego nie możemy pisać wyrazów po prostu tak, jak je wymawiamy i słyszymy? Po co nam rz, ch, ó?

Takie pytania słyszy się czasami, a za nimi idzie prośba albo żądanie zasadniczego uproszczenia naszej pisowni. Spróbujmy zastanowić się nad tą kwestią.

Załóżmy, że polską ortografię opiera się na jednej zasadzie: piszemy tak, jak mówimy. Na pozór jest to posunięcie bardzo racjonalne. Ale przypatrzmy się, co by z tego wynikło. Mówimy na przykład ten wus, on jat, bapka. Ale mówimy także tego wozu, ona jadła, baba. Jeśli pisalibyśmy zawsze zgodnie z wymową, dwie formy tego samego słowa mogłyby się różnić w zapisie tak zasadniczo, że trudno byłoby je skojarzyć: wus i wozu, jat i jadła, bapka i babek. Czy to byłoby naprawdę uproszczenie? W dodatku namnożyłoby się słów pisanych tak samo, a znaczących zupełnie co innego, choćby śmierć (dzisiejsze śmierć i śmierdź), mieć (mieć i miedź), kulik (kulik i kulig), kot (kot i kod), może (może i morze), piersi (piersi i pierwsi) itd. Oczywiście, w zdaniu zwykle wiadomo byłoby, o co chodzi, ale czy wielość form tak samo zapisywanych byłaby naprawdę pożądana?

Poza tym żądanie tego, żeby wprowadzić pisownię „tak jak się mówi”, rodzi następny problem: jak kto mówi: mieszkaniec Warszawy czy mieszkaniec Poznania? Osoba z wykształceniem wyższym czy z wykształceniem podstawowym? Polak dwudziestoletni czy sześćdziesięcioletni? Ktoś, kto dba o poprawność wymowy, czy ten, kto zupełnie nie zwraca na to uwagi? Być może nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w dzisiejszej polszczyźnie istnieją różne sposoby wymawiania wyrazów, zależne od pochodzenia, wykształcenia, wieku tego, kto mówi. Mieszkaniec Polski północnej powie na przykład jedliśmy, jecmy mieszkaniec Polski południowej, także wykształcony i dbający o swój sposób wysławiania się, powie jedliźmy, jedzmy. Osoba ze środowiska inteligenckiego powie lipa, niewykształcony mieszkaniec Mazowsza – lypa. Młoda dziewczyna mówi: Oni idoł toł drogoł, osoba starsza: Oni idą tą drogą. Ktoś, kto wymawia starannie, powie: pomyślny, ktoś mówiący mniej starannie: pomyśny. Cóż więc znaczy: „pisz tak, jak się mówi”? Oczywiście, można przyjąć, że będzie się pisało tak, jak mówi człowiek wykształcony, dbający o swój język. Ale młody czy starszy? Warszawiak czy krakowianin? Co z tego wybrać? A w dodatku każdy Polak inaczej wypowie wiele wyrazów wtedy, gdy będą one wymawiane same, a inaczej wtedy, gdy w zdaniu wystąpią przed innymi wyrazami. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że mówimy na przykład: adres Pawła, ale: adrez Zosi, gdyż głoska z na początku drugiego słowa wpływa na brzmienie ostatniej głoski pierwszego wyrazu. Takich przykładów jest mnóstwo.

Wniosek: żebyśmy się nie wiem jak starali, zapis, choćby miał być zbliżony do wymowy, zawsze będzie w pewien sposób umowny. Zawsze ktoś będzie się musiał nauczyć, że pisze się inaczej niż on wymawia: na przykład krakowianin wbrew temu, co słyszy i jak mówi, będzie musiał pisać jedliśmy, a wielu warszawiaków, mimo że mówi lypa, będzie pisać lipa.

Przypomnijmy ponadto, że zapis fonetyczny (czyli zgodny z wymową) lub do niego zbliżony w wielu wypadkach utrudnia lub wręcz uniemożliwia rozpoznanie, że chodzi o formy tego samego słowa: dzisiejsza pisownia: wóz – wozu i niósł – niosła pozwala widzieć (także dosłownie!), że są to różne formy tego samego słowa. Gdyby pisać: wus – wozu i nius – niosła, widzenie w tych formach jednego wyrazu byłoby bardzo trudne.

A wreszcie: zasada pisowni zgodnej z wymową niewiele by pomogła wtedy, gdy chcemy rozstrzygnąć, czy pisać jakiś wyraz małą, czy dużą literą, a wielu wypadkach także wtedy, gdy mamy rozstrzygnąć, czy pisać coś razem, czy oddzielnie. Tu decyduje bowiem przyjęty zwyczaj, który z wymawianiem ma niewiele wspólnego.

Dobrze więc: nie idźmy w reformowaniu tak daleko, ale dlaczego nie usunąć z naszej pisowni znaków ó, h, rz? – Przecież one są zabytkami, nie wymawia się ich inaczej niż u, ch, ż, tylko życie utrudniają tysiącom dzieci, które muszą się nauczyć zasad ich używania. Takie przedstawianie sprawy jest znacznym jej uproszczeniem. Po pierwsze, nie wszyscy Polacy wymawiają jednakowo głoski zapisywane jako ch i h. Mieszkańcy dzisiejszych kresów wschodnich, nie mówiąc już o osobach przesiedlonych „zza Buga”, różnicują w wymowie takie wyrazy, jak chart i hart, Chełm i hełm. Po drugie zaś, jeśli chodzi o literę ó, to jej obecność w wielu formach wyrazowych pozwala je powiązać z innymi formami tego samego słowa, zawierającymi literę o. Wspomnieliśmy już o tym powyżej. Na przykład formy ł i dołu są sobie bliższe graficznie niż byłyby formy duł i dołu, podobnie: kół i koła, bój i boje itd. Najłatwiej byłoby zapewne usunąć z polskiej pisowni rz, choć i w tym wypadku można powiedzieć, że w tych wyrazach, w których wymienia się ona z r, zapis przez rz ułatwia powiązanie form (porównajmy: na koże trudniej wiązać z formą kora niż: na korze). Tak więc wszystkie te trzy znaki nie są całkowicie bezużyteczne w naszej ortografii.

Zgoda, zostawmy więc te znaki, lecz czy nie można uprościć czego innego: pisowni łącznej i rozdzielnej? Dlaczego piszemy w dal, ale wzwyż, na pewno, ale naprawdę, chciałoby się, ale chciano by itd.? W tym wypadku odpowiedź jest następująca: To, czy piszemy coś łącznie, czy rozdzielnie, jest wynikiem umowy, przyjętej konwencji, opartej na różnych przesłankach, czasem związanych z wymową, znaczeniem lub poczuciem całości bądź odrębności form, czasem opartych na zwyczaju. I istotnie w tym zakresie zmiany pisowni są możliwe; co więcej wprowadza się je stosunkowo często: w ostatnich latach zmieniono na przykład pisownię nie opodal na nieopodal, uznając, że jest to całość, a nie nie jest tu żadnym oddzielnym wyrazem o charakterze przeczącym. Rada Języka Polskiego zmieniła też w roku 1997 regułę ogólną pisowni nie z imiesłowami odmiennymi (zakończonymi na –ący, -ny, -ty). Od tej pory zasadą jest pisanie łączne: niepijący, nieczekający, nienarzekający, nieznany, nieumotywowany, niezatrudniony, nieokreślony, nieumyty, niewypity itd. Jednakże nawet zmiany w zakresie pisowni łącznej i rozdzielnej, a także dużych i małych liter muszą być wprowadzane nieczęsto i z rozmysłem; nie można przecież nakazywać kupowania np. co roku nowego słownika ortograficznego, gdyż stary przestaje być aktualny.

I tu dochodzimy do jeszcze jednej strony wszelkich zasadniczych zmian ortograficznych: takie reformy musiałyby spowodować znaczne koszty. Przecież trzeba byłoby niemal z dnia na dzień nauczyć nowej pisowni ogromne rzesze ludzi: wszystkich tych, którzy zawodowo piszą. Na nowo trzeba by wydrukować wszystkie podręczniki szkolne, a stosunkowo szybko także wszystkie książki stanowiące lektury: dzieci nie można uczyć nieaktualnych sposobów pisania. Z dnia na dzień musiałaby się zmienić ortografia w gazetach. Z czasem trzeba by wydać na nowo wszystkie wartościowe książki, wydrukowane przed reformą ortografii. Wszyscy dorośli i większość dzieci musieliby się uczyć nowej pisowni, odzwyczajać od starych nawyków, przyzwyczajać się do nowych. Po upływie kilkudziesięciu lat wszyscy zapewne by się przyzwyczaili do nowej pisowni, ale ile do tego czasu popełniono by błędów ortograficznych – aż strach pomyśleć. Czy więc nie lepiej zużyć całą tę energię i środki finansowe na upowszechnianie zasad aktualnej pisowni niż burzyć wszystko i budować coś nowego?

Większość językoznawców jest zdania, że zmiany pisowni nie mogą być zbyt częste i wprowadzane w sposób przypadkowy. Wspomniana Rada Języka Polskiego podjęła nawet uchwałę, że w ciągu najbliższych lat nie będzie proponować zmian w obowiązującej ortografii, nawet drobnych, a zmiany większe w zakresie pisowni łącznej i rozdzielnej oraz użycia wielkich i małych liter powinny zostać dobrze i całościowo przemyślane przez kompetentną komisję powołaną za kilka lat. W najbliższym dziesięcioleciu zasadniczych zmian ortograficznych z pewnością nie będzie. Można więc spokojnie doskonalić swoją znajomość obowiązujących reguł ortograficznych, a także pisownię poszczególnych wyrazów i ich form.